(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na pozycję
"Menu 4".)
Motto:
"Pojawił się człowiek
posłany przez Boga -
Jan mu było na imię.
Przyszedł on na świadectwo,
aby zaświadczyć o światłości,
by wszyscy uwierzyli przez niego.
Nie był on światłością,
lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości.
Była światłość prawdziwa,
która oświeca każdego człowieka,
gdy na świat przychodzi.
Na świecie było [Słowo],
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.
Przyszło do swojej własności,
a swoi Go nie przyjęli.
Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego -
którzy ani z krwi,
ani z żądzy ciała,
ani z woli męża,
ale z Boga się narodzili.
A Słowo stało się ciałem ..."
(Cytowanie z bibilijnej
Ew. św. Jana 1:6-14.)
Mam na imię Jan i witam na
mojej stronie etnicznej
prezentującej głównie opowieści
dawnych ludzi na temat kościołów
Milicza. Tylko mała część z tego
co na stronie tej zaprezentowałem
wynika albo z moich osobistych
doświadczeń życiowych, albo też
z badań naukowych które prowadzę.
Gro zaś owych informacji pochodzi
z opowiadań dawnych ludzi jakie
zasłyszałem w swoim dzieciństwie
i jakie tutaj powtarzam.
Na ile owe zasłyszane w dzieciństwie
opowieści ludowe są poprawne,
tego nie jestem w stanie ocenić.
Niektóre z nich bywały bowiem
bardzo niezwykłe i kontrowersyjne.
Przykładowo, na początku XX wieku
folklor ludowy okolic Cieszkowa,
Stawca i Wszewilek twierdził, że
grasował tam niejaki "Sapieha" -
który ponoć miał być
"czarnoksiężnikiem" (Zgodnie z tym
folklorem, "czarnoksiężnik" to miała
być istota o nadprzyrodzonych mocach,
podobnych do mocy dzisiejszych
"UFOnautów" czy magika Davida
Copperfielda, oraz typowo o wysoce
nieżyczliwym dla ludzi charakterze.
Istota ta miała się lubować z
torturowaniu, prześladowaniu
i zamęczaniu ludzi. Jedyna różnica
pomiędzy nimi, a innymi "nadprzyrodzonymi"
istotami wówczas zwanymi "diabłami",
była taka że "czarnoksiężnicy" żyli
wśród ludzi,
wyglądali dokładnie
jak ludzie, oraz wszyscy naokoło
znali ich, a także znali ich przeszłość.
Dlatego uważali ich za ludzi którzy
tylko nabyli nadprzyrodzonych mocy
poprzez studiowanie tajemnej wiedzy
z "zakazanych/czarnych ksiąg".
W obecnych jednak czasach, kiedy
jest nam już doskonale wiadomo,
że istnieje rasa szatańskich UFOnautów
która wygląda identycznie do ludzi
oraz której agenci po odpowiedniej
operacji plastycznej podmieniani
są pod wybranych ludzi aby lepiej
móc szpiegować i kontolować ludzkość,
owych "czarnoksiężników" byśmy teraz
raczej uważali za tzw.
podmieńców.)
Ciągle w czasach mojego dzieciństwa,
tj. w późnych latach 1940tych oraz
wczesnych 1950tych,
na owym obszarze dzieci straszono
szeptanym ostrzeżeniem "Sapieha
leci" (podobno latał on jak
ogromny nietoperz - był więc jakby
pierwowzorem dla charakterów z
amerykańskich filmów o "Batman").
Więcej informacji na temat opowieści
o owym "czarnoksiężniku" Sapieha
przytoczyłem w punkcie #F1 tej strony.
Inne opowieści są bardziej sprawdzalne.
Przykładowo opowieści, że przy
obecnej tamie na Baryczy istniał
prastary młym, ja sam sprawdzałem
w czasach swej młodości i faktycznie
widziałem tam pozostałości zastaw,
stawu, oraz koła młyńskiego. Podobnie
fakty podpierają starą opowieść,
że jedna z odnóg prastarego
"Bursztywowego Szlaku" wiodła
obok dzisiejszej ulicy Krotoszyńskiej
Milicza i potem dalej ową starą polną
drogą do Stawca. (Tą samą polną drogą
przy której po wojnie znajdowały się
cztery bezimienne groby niemieckich
żołnierzy wspominane na stronie z opisem
bitwy o Milicz.)
Faktem który to doskonale potwierdza,
jest wydatne obniżenie owej polnej
drogi do Stawca w stosunku do
otaczającego tą drogę pola. W
niektórych miejscach poziom tej
drogi jest obniżony o niemal 2
metry w odniesieniu do poziomu
otaczających ją pól. To zaś oznacza,
że ta prastara droga była intensywnie
używana i to przez długi okres
czasu. Z kolei w wyniku tego intensywnego
używania, oraz jej położenia na pochyłym
terenie, jej poziom uległ aż tak
znacznemu obniżeniu. (Odnotuj,
że ten sam folklor stwierdzał,
że druga odnoga owego "Bursztynowego
Szlaku" wiodła obok prastarego
kościółka we
Wszewilkach.)
Część A:
Informacje wprowadzające tej strony:
#A1.
Jaki jest cel tej strony:
Głownym celem niniejszej etnicznej
strony internetowej o milickim
kościele pod wezwaniem Świętego
Andrzeja Boboli, a także o innych
kościołach Milicza, jest zaprezentowanie
opowieści folklorystycznych na ich temat.
Znaczy jest opisanie "co dawniej ludzie
gadali na temat tychże kościołów".
Sporo informacji podanych na tej stronie
byłoby ogromnie trudno sprawdzić w
historycznych źródłach. Do dzisiaj
bowiem nie zachowały się dokumenty
które by je podpierały. Niemniej ciągle
warto poznać co tradycja mówiona miała
nam do przekazania na ten temat.
Dodatkowym celem tej strony jest
wskazanie linków do innych stron
posiadających z nią związek tematyczny.
Najważniejsza z tych tematycznie
związanych stron, to strona o wsi
Wszewilki.
Opisuje ona dalsze szczegóły na temat
owych kościołów Milicza, szczególnie
zaś na temat prastarego kościółka
romańskiego z podmilickiej wsi Wszewilki.
Kolejna strona także tematycznie związana
z omawianymi tu kościołami, to strona o
zwiedzaniu Wszewilek i Milicza.
W swoim punkcie #8.2 strona ta opisuje
"nieoficjalne szlaki wędrowne" w obrębie
i wokół wsi
Wszewilki.
Jeden z owych "szlaków" umożliwia zwiedzenie
ogromnego dołu w ziemi jaki pozostał do
dzisiaj po usunięciu prastarego romańskiego
kościółka z Wszewilek, wraz z kilkoma
kondygnacjami piwnic które kiedyś istniały
pod owym kościółkiem. Inna też tematycznie
związana strona to strona o
Wszewilkach naszego jutra".
Opisuje ona moje marzenia na temat przyszłej
odbudowy oryginalnego ryneczka Wszewilek -
włączając w to ów kościółek który kiedyś
tam istniał.
Część B:
Warunki w jakich działały kościoły Milicza:
#B1.
Milicz - miasto "usług hotelowych" dla tzw. Bursztynowego Szlaku:
Zgodnie z tym co wyjaśniono na
stronie o
Miliczu,
będąc rodzajem "miasta hotelowego"
na ogromnie ważnym w starożytnosci "Bursztynowym Szlaku", Milicz z
czasem przekształcił się w dostawcę usług dla podróżnych. Dostarczał
on podróżnym wszelkich usług hotelowych, ochronnych, wykonawczych i
duchowych. Kupcy i przejezdni zatrzymywali się w nim na noc, odpoczywali,
jedli, pili, handlowali, uzupełniali zapasy, naprawiali uszkodzone
wyposażenie, grzebali swoich zmarłych w drodze, zaś w czasach kiedy
chrześcijaństwo upowszechniło się w Europie, również modlili się w
milickich kościołach o szczęśliwy przebieg ich dalszej podróży.
Kościoły pełniły więc w Miliczu nie tylko rolę świątyń dla miejscowych
ludzi, ale dodatkowo dostarczały istotnych "usług duchowych" dla
przejeżdżających przez to miasto podróżnych. Milicz posiadał więc
relatywnie dużo kościołów (i cmentarzy) w stosunku do liczby swoich
mieszkańców. Zgodnie z dzisiejszym stanem mojej wiedzy na ich temat,
w samym Miliczu niemal zawsze były po dwa kościoły i cmentarze
działające równocześnie, zaś po roku 1714 aż trzy. Ponadto
dwa dalsze kościoły działały niedaleko od Milicza w pobliskich
Wszewilkach i w Karłowie. Krótkie opisy historii tych pięciu
kościołów Milicza i jego najbliższych okolic zawarte są w
następnej częśći C tej strony. Największym z nich z czasem stał
się kościół Św. Andrzeja Boboli, którego opisowi poświęcona jest
właśnie niniejsza strona.
Czytelnika może zastanawiać, jak to się
działo, że relatywnie niewielki Milicz
posiadał aż 5 kościołów. Odpowiedzi na
to udziela właśnie analiza owego Bursztynowego
Szlaku przebiegającego przez Milicz.
Milicz leżał bowiem na ważnym rozgałęzieniu
owego szlaku. Z północnej bramy Milicza
(zwanej Bramą Gnieźnieńską) wychodziła
odnoga tego szlaku biegnąca przez pobliską
wieś Stawiec, potem zaś przez Rawicz,
Poznań, Gniezno, aż do Gdańska. Z kolei
ze wschodniej barymy Milicza wychodziła
odmienna gałąź owego Bursztynowego Szlaku.
Biegła ona do mostu na Baryczy jaki istniał
przy prastarym milickiem młynie wodnym,
potem zaś przez wieś Wszewilki, Pomorsko,
do Cieszkowa, Zdun i dalej do Gniezna i
Gdańska. Z drugiej strony Milicza ów
szlak też się rozgałęział. Rozgałęzienie
to umiejscowione było koło kościóła Św.
Anny w Karłowie. (W dawnych czasach na
każdym rozgałęzieniu ważnych szlaków
stawiano kościółki i kapliczki. Wypełniały
one bowiem wiele funkcji. Przykładowo
służyły jako swoiste "znaki drogowe",
przyciągały miejscowych - tak że podróżujący
mieli kogo spytać się o dalszą drogę,
dostarczały schronienia w razie niepogody,
koiły podróżnych duchowo, itp.)
Jedna gałąź Bursztynowego Szlaku wiodła
spod kościółka Św. Anny na południe przez
Oleśnicę. Druga zaś na południe przez
Trzebnicę i Wrocław. Z uwagi na owe
rozgałęzienia Bursztynowego Szlaku
umiejscowione właśnie w Miliczu, Milicz
stał się ważnym punktem dla podróżujących.
Wielu z nich zatrzymywało się w Miliczu
na jakiś czas. "Usługi duchowe" były więc
w nim wysoce poszukiwane.
Część C:
Dzieje pięciu kościołów Milicza:
W latach od 1290 do 1358 właścicielem
grodu i kasztelanii milickiej był biskup wrocławski. Nie powinno więc dziwić,
że posiadając taką religijną tradycję, a także będąc "miastem usług hotelowych"
dla podróżnych z bursztynowego szlaku, przez większość swego istnienia niewielki
Milicz posiadał aż dwa kościoły. Tylko na początku swego istnienia posiadał
on jeden kościół, zaś w latach od 1714 do 1945 w samym Miliczu działały aż
trzy kościoły. Niezależnie od tych, w dwóch wsiach najbliższych Miliczowi,
mianowicie w Karłowie i Wszewilkach, istniały dwa dalsze kościoły.
W sumie więc Milicz i okolice posiadały aż pięć odmiennych kościołów.
Pierwszy kościół milicki zbudowany został jeszcze w czasach kiedy Milicz
przyjmował kształt miasta i budował sobie mury obronne. Był on zbudowany
z tzw. "rudy darniowej". Natomiast drugi kościół milicki zbudowany został
już z cegły prawdopodobnie około połowy 14 wieku. Każdy z obu tych kościołów
milickich w toku dziejów raz zmienił swoją lokację. Przeglądnijmy teraz krótko
ich dzieje.
Uwaga. W punkcie #8.4 odrębnej strony internetowej
"Wszewilki-Milicz"
opisany jest dokładnie okrężny szlak wędrowny po historycznie interesujących
miejscach miasta Milicza i pobliskiej wsi Wszewilki. Podążanie owym szlakiem
pozwala na zwiedzanie dzisiejszych pozostałości po kościołach Milicza. Jeśli
więc ktoś planuje przejazd przez Milicz, wówczas być może warto aby zabrał
ze sobą w podróż fragment wydruku z owej strony
"Wszewilki-Milicz".
#C1.
Pierwszy milicki kościół pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła:
Najwcześniejsze wzmianki o pierwszym katolickim
kościele Milicza pochodzą z 12 wieku. Już w owych czasach Milicz posiadał
nie tylko własny kosciół, ale i własnego księdza. W dokumentach pisanych
zachowało się nawet jego imię. Ten pierszy kościół Milicza zlokalizowany
był w obrębie milickich murów obronnych, w pobliżu wschodniej bramy
do miasta, na niewielkim placyku pełniącym funkcję cmentarza. Placyk ten
przylegał bezpośrednio do rynku Milicza w jego północno-wschodnim
narożniku. Zlokalizowanie i wygląd tego placyku-cmentarza i pierwszego
milickiego kościoła faktycznie imitowały więc układ rynku we Wrocławiu,
a także rynku w Paczkowie. Wszakże we Wrocławiu w północno-zachodnim
narożniku jego rynku znajduje się kościół Świętej Elżbiety Węgierskiej,
zaś w północno-wschodnim narożniku podobnie stary kościół. Oba te
wrocławskie kościoły też położone są na podobnym małym placyku,
które oryginalnie też były przykościelnym cmentarzem. Wszystko też
wskazuje na to, że w owych czasach wszystkie miasta Dolnego Śląska
budowane były dokładnie według jednego (takiego właśnie) planu,
z kościołem i cmentarzem na północno-wschodnim narożniku ich rynku.
Miniaturowy cmentarzyk który otaczał pierwszy kościół milicki bardzo
szybko się zapełnił. Wszakże w owych czasach wielu ludzi umierało
w podróży, bądź to na wskutek ran odniesionych w starciach z bandytami,
bądź też z powodu trudów poróży i braku higieny. (Osobiście wierzę,
że w owych czasach na milickich cmentarzach chowane było więcej
podróżnych niż rodzimych mieszkańców Milicza.) Wkrótce więc ten mały
cmentarzyk musiał zostać przeniesiony poza obręb murów obronnych
miasta. Jego nowe zlokalizowanie nastąpiło niedaleko od owego kościółka,
jednak już poza wschodnią bramą miasta, czyli w miejscu w którym
obecnie znajduje się "mały" kościółek milicki pod wezwaniem Świętego
Michała Archanioła. W swojej nowej lokalizacji ów cmentarz również
nie był używany zbyt długo, bowiem szybko się zapełnił. Przebiegająca
za nim rzeka uniemożliwiała zaś jego powiększanie. Niedługo potem
ten wschodni cmentarz milicki musiał więc zostać ponownie przeniesiony
w trzecią z kolei jego lokację, tym razem umiejscowioną na zachodnie
pobocze wylotowej drogi z Milicza do Wrocławia, czyli w miejsce gdzie
obecnie znajduje się kościół Świętego Andrzeja Boboli z "Fot. #2 (29)".
Z czasem poszerzono go również i na wschodnie pobocze tej samej
drogi wylotowej z Milicza, w obszar gdzie przez długi czas po wojnie
znajdował się budynek milickiej poczty. W rezultacie owego poszerzenia,
w XVII wieku droga wylotowa z Milicza do Wrocławia wyglądała podobnie
jak słynna "Via Appia" pod Rzymem - znaczy po obu jej stronach
znajdowały się ówczesne milickie cmentarze. (Obecnie w miejscach
owych cmentarzy znajdują się budynki mieszkalne - nic dziwnego że
w czasach mojej młodości mieszkający niektórych z owych budynków
opowiadali że w nich nocami "straszy".)
Ten pierwszy kościół
milicki, podobnie jak pozostałość oryginalnej zabudowy Milicza,
wymurowany był z brył rudy darniowej. Ponadto był on zbudowany
na kształt semi-obronnej warowni romańskiej, z niskim sufitem,
grubymi murami i z maleńkimi okienkami strzelniczymi. Kiedy więc
Milicz dorobił się własnej cegielni, kościół ten przestał się podobać
mieszkańcom miasta. Postanowili więc go przenieść w nowe miejsce
i zlokalizować w nowej, upiększonej budowli. W 15 wieku Miliczanie
wybudowali więc sobie bardziej "nowoczesny" kościół gotycki.
Po zbudowaniu przenieśli też do niego swój pierwszy kościółek,
zaś puste już mury starego kościoła wkrótce potem rozebrali.
Miejsce jakie on zajmował udostępniono później pod budowę
kamieniczek. Obecnie więc ani ów pierwszy kościółek Milicza,
ani też jego miniaturowy cmentarzyk, już nie istnieją w ich
oryginalnej lokacji. Obecnie na ich miejscu stoją kamieniczki
mieszkalne. Jedyna widoczna do dzisiaj po nich pozostałość,
to owo jakby nielogiczne poszerzenie ulicy wylotowej przy
północno-wschodnim kącie milickiego rynku.
W swojej nowej,
drugiej już lokacji i wersji architektonicznej, ten pierwszy kościół
Milicza wybudowany był z cegły w stylu gotyckim. Wzniesiono
go w 15 wieku na obszarze owego drugiego cmentarza Milicza.
W czasie budowy tego kościoła cmentarz ten nie był już używany.
Oczywiście, po przeniesieniu na nową lokację, ów pierwszy kościół
Milicki pozostawał świątynią Rzymsko-Katolicką. Z czasem jednak
również i on stał się przestarzały i nie sprawiał dobrego wrażenia
na przejezdnych. Dlatego na jego miejscu w 1821 roku zbudowano
nowy neorenesansowy kościółek pod wezwaniem Świętego Michała
Archanioła. Podczas budowy tego nowego kościoła, starego
całkowicie nie zburzono. Do dzisiaj zachowało się z niego prezbiterium,
podziemna krypta, oraz chrzcielnica z 1561 roku. Owa kolejna,
historycznie trzecia już wersja architektoniczna oryginalnego kościoła
Milicza, zbudowana w 1821 roku, do dzisiaj służy wiernym stojąc
nieopodal rynku przy wschodnim obrzeżu miasta, niedaleko od
byłej wschodniej bramy do miasta (obecnie już nieistniejącej).
#C2.
Drugi milicki kościół pod wezwaniem Świętego Jerzego:
Około XIV wieku, biskup wrocławski wybudował drugi kościół
Milicza. Przy jego budowie uwzględniono potrzeby duchowe
licznych podróżnych przejeżdżających przez Milicz, a także
fakt że oryginalny kościół był wówczas już dosyć stary. Ten
drugi kościół Milicza zbudowany był już z cegły. Zlokalizowany
on został w południowo-wschodniej części starego miasta,
w miejscu jakie obecnie zajmowane jest przez uliczkę biegnącą ku
dawnym łazienkom (czyli na wprost późniejszej siedziby milickiej
straży pożarnej). Na przełomie XIX i XX wieku kościół ten stał
się już tak przestażały, że uznano go za nie nadający się do
dalszego użycia. Można się więc domyślić, że około lat 1930-tych
zapewne przeniesiono go do nowej lokacji oraz do nowego
budynku. Jego zaś stare, puste już mury z dawnej lokacji
zostały rozebrane na długo przed drugą wojną światową.
W miejscu uwolnionym po rozebraniu tego drugiego kościoła
Milicza nie wybudowano już jednak kamieniczek (tak jak uczyniono
to po rozebraniu pierwszego kościoła), a owo wolne miejsce
przeznaczono na stworzenie jeszcze jednej ulicy wylotowej
z miasta, która wiodła do coraz popularniejszych wówczas
łazienek. Czy nowa lokacja tego drugiego kościoła znajdowała
się w Miliczu, czy też gdzieś poza Miliczem, tego narazie nie
zdołałem ustalić, chociaż pracuję nad znalezieniem odpowiednich
informacji. Wiem jedynie, że mniej więcej w czasach kiedy go
rozebrano, czyli około lat 1930-tych, w Miliczu pojawiła się
jeszcze jedna mała świątynia, zlokalizowana naprzeciwko
głównego wejścia do ówczesnych (przedwojennych) koszar
wojskowych w Miliczu. Czy była ona jednak owym przeniesionym
drugim kościołem Milicza, czy też zupełnie inną świątynią,
tego narazie mi też nie wiadomo. Owa mała świątynia z lat
1930-tych, przestała być używana zaraz po drugiej wojnie
światowej. W latach tuż po wyzwoleniu służyła ona jako
magazyn wojskowy. Potem w latach 1960-tych została
przebudowana na dom towarowy (nazywany wówczas
"WDT" czyli "Wiejski Dom Towarowy"). Jak widać, o
historycznie drugim kościele Milicza obecnie niewiele
jest nam wiadomo. Wszakze jego mury zostały rozebrane
jeszcze gdzieś w latach 1930-tych. Z kolei jego zawartość
i rejestry pisane zostały gdzieś przeniesione i z czasem
zapewne zaginęły.
#C3.
Trzeci milicki kościół pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli:
Niezależnie od powyższych dwóch
oryginalnych kościołów katolickich
Milicza, w 1714 miasto to zbudowało
sobie jeszcze jeden kościół. Był nim
właśnie ów kościół ewangelicki, w
1945 roku przemianowany na kościół
rzymsko-katolicki i używany pod
wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli
(czyli ten, któremu poświęcona jest
cała niniejsza strona).
Warto przy tym wspomnieć tutaj, że początkowych latach 20 wieku, Milicz
zamieszkiwany był przez zdecydowaną większość ewangelików. Omawiany tu
kościół ewangelicki był więc wówczas ogromnie popularny, zaś oba kościoły
katolickie niemal puste. Katolików pozostało wtedy w Miliczu już tak
mało, że wszyscy z nich znali się nawzajem po imieniu, zaś w niedziele
po mszach świętych spotykali się przy kawie i ciastkach w jednym ze swoich
domów. Faktycznie to katolikami pozostali wówczas niemal wyłącznie ludzie
polskiego pochodzenia ciągle zamieszkujący okolice Milicza - najwięcej z
nich na Wszewilkach (chociaż w owych czasach na codzień ludzie ci używali
już tylko języka niemieckiego).
Interesujące
pytanie jakie zawsze sobie zadaję w sprawie opisywanego tutaj
kościoła Św. Andrzeja Boboli, to czy jego historycznie niezwykle
korzystny los, nie wynika czasem z dobrego "Feng Schui" miejsca
w jakim został on zbudowany. Wygląda bowiem na to, że odwrotnie
niż warowny zamek milicki - który zbudowany został w miejscu
o "złym Feng Schui" i stąd zawsze gnębiły go najróżniejsze kłopoty,
kościół Świętego Andrzeja Boboli zbudowany został w miejscu o
ogromnie "dobrym Feng Schui", a stąd w toku dziejów zawsze
zdaje się go spotykać szczęśliwy dla niego przebieg wydarzeń.
Inne pytanie jakie również się wiąże z tym kościołem, to czy
wzmiankowana w punkcie #E2 poniżej naturalna zdolność jego
podziemi do powodowania samoczynnej mumifikacji, tj. do
działania jak wnętrze piramid egipskich, również przypadkiem
nie wynika z owego jego położenia w miejscu o "dobrym Feng Schui".
#C4.
Podmilicki kościół w Karłowie pod wezwaniem Świętej Anny:
Niektórzy ludzie włączają do listy kościołów milickich także
kościółek Świętej Anny w Karłowie pod Miliczem. Kościółek
ten postawiony został w latach 1807-1808 w pobliżu rozwidlenia
dwóch prastarych dróg głównych na południe, z których jedna
wiodła do Wrocławia, zaś druga do Oleśnicy. Miejsce w jakim
go postawiono słynne kiedyś było z wielu "cudów" i objawień.
(W obecnych czasach tłumaczone one byłyby jako częste
obserwacje wehikułów UFO i UFOnautów.) Dla upamiętnienia
owych objawień, w ostatnią niedzielę lipca od niepamiętnych
czasów odbywały się przy tym kościółku doroczne odpusty.
Więcej danych na temat kościółka Świętej Anny w Karłowie
zaprezentowanych jest na stronie o
Miliczu.
Fot. #1 (20):
Kościółek Świętej Anny w Karłowie pod Miliczem.
Fotografia z lipca 2004 roku. To tutaj w przeszłości miały miejsce liczne
cuda, cudowne uzdrowienia, oraz przywrócenia płodności. Pokazane są
drzwi wejściowe do kościółka, fotografowane w kierunku od północy ku
południu. Za owym kościółkiem rósł kiedyś bardzo stary dąb, na którego
konarach zaobserwowane były trzy niezwykłe istoty (dziś byśmy je wzięli
za trzech UFOnautów). Dąb ten był później źródłem wielu cudownych
uzdrowień. Na prawo od tego kościółka znajdował się kiedyś "anielski
kamień" z dziwnymi wytopieniami jakby technologicznego pochodzenia.
On również z czasam stał się obiektem kultu. Twierdzono o nim kiedyś,
że też jest źródłem uzdrowień, oraz że przywraca płodność. Niestety,
pomiędzy 1981 a 2004 rokiem, kamień ten tajemniczo zniknął ze swego
poprzedniego miejsca. Być może, że to ten sam kamień, który obecnie
zakopany jest pod krzyżem widocznym po lewej stronie powyższego zdjęcia,
oraz pokazanym w powiększeniu na fotografii 21 ze strony o mieście
Miliczu.
(Jednak ja osobiście nie byłem w stanie ani go rozpoznać po wyglądzie
zewnętrznym, ani też wykopać z ziemi i sprawdzić czy posiada on znane
mi technologiczne wytopienia. Nie odnotowałem też w jego pobliżu żadnych
lądowisk UFO jakie potwierdzałyby że UFOnauci nadal się nim interesują.)
* * *
Zauważ że można zobaczyć powiększenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej, poprzez zwykłe kliknięcie
na tą fotografię. Ponadto większość wyszukiwarek jakie obecnie są w użyciu,
włączając w to także popularny "Internet Explorer", pozwala również na
załadowanie każdej ilustracji do swojego
własnego komputera, gdzie można jej się do woli przyglądać, gdzie daje się ją
redukować lub powiększać, a także drukować, za pomocą posiadanego przez
siebie software graficznego.
Jeśli do listy kościołów milickich włączyć także mały kościółek
Świętej Anny w Karłowie pod Miliczem, wówczas na tej samej
zasadzie włączyć też trzeba prastary kościółek katolicki we
Wszewilkach. Kościółek z Wszewilek oryginalnie stał w pobliżu
krzyżowania się dwóch głównych dróg przez Wszewilki, mianowicie
starej drogi wiodącej z Milicza do Sulmierzyc, oraz starej drogi
wiodącej z Pomorska do młyna wodnego na Baryczy i dalej przez
most istniejący kiedyś koło owego młyna aż do Milicza. Początkowo
był on otoczony maleńkim cmentarzem, który jednak szybko
się zapełnił. Kiedy zaś cemtarz ten przestał być używany z
powodu owego zapełnienia, popadł on w ruinę i stopniowo
zaniknął. Kościółek we Wszewilkach został rozebrany podczas
budowy linii kolejowej przez Wszewilki, co nastąpiło na krótko
przed 1875 rokiem. Gruzy owego kościoła i jego głębokich piwnic, jak
również cały materiał z otaczającego ten kościółek maleńkiego
cmentarza, zużyto wówczas na budowę nasypu kolejowego biegnącego
pomiędzy Wszewilkami i stacją w Miliczu. Kiedyś starzy ludzie
twierdzili, że nietypowo duża liczba śmiertelnych wypadków
na owym krótkim odcinku kolei wynika właśnie z faktu,
że grzebie on w sobie resztki doczesne wielu byłych mieszkańców
Wszewilek którym zakłócono ich wieczny spoczynek. Obecnie
w miejscu gdzie kiedyś stał ten kościół widnieje jedynie ogromny
dół wyrobiskowy. W chwili gdy kościół ten rozbierano nie był
on już używany od około 100 lat. Prawdopodobnie był on
wówczas najstarszym ciągle stojącym budynkiem okolic Milicza.
Dokładne miejsce w którym znajdował się
prastary kościółek we Wszewilkach jest
do dzisiaj dobrze widoczne. Powodem są jego
kilku-kondygnacyjne piwnice. Aby podczas
jego usuwania usunąć również i pozostałości
owych piwnic i fundamentów, w miejscu
w którym on kiedyś stał wykopać musiano
ogromną dziurę. Dziura ta istnieje tam
do dzisiaj. Położenie więc owego kościółka
daje się rozpoznać po sprawdzeniu gdzie
tamta dziura jest najgłębsza. Jego dokładna
lokacja wkazana jest w punkcie #8.2 strony
internetowej o
zwiedzaniu Wszewilek i Milicza,
a także w punkcie #5 strony internetowej o wsi
Wszewilki.
Dokładna data zbudowania kościółka we Wszewilkach
nie jest mi znana. Jednak z opisów jego wyglądu jakie
kiedyś słyszałem wnoszę że był on bardzo stary - być
może nawet tak stary jak oryginalny kościół pod
wezwaniem Świętego Michała Archanioła w Miliczu.
Definitywnie był on zbudowany na sporo przed XIV
wiekiem, bowim materiałem użytym do jego budowy
była "ruda darniowa". Z kolei użycie rudy darniowej
do budowy kościoła oznacza, że budowany on był
jeszcze przed 14 wiekiem, czyli przed czasem kiedy w okolicach
Milicza zaczęła działać pierwsza cegielnia w dzisiejszym
Stawcu. Kiedyś opowiadano, że kościółek we Wszewilkach
był niską budowlą wymurowaną z rudy darniowej.
Wyglądał on niemal jak twierdza z maleńkimi
okienkami jak strzelnice. Jego główna oś zorientowana
była ze wschodu na zachód, z ołtarzem po stronie
wschodniej zaś wieżą od zachodniego końca.
Miał on nieco odstającą z głównego budynku
wieżę z dzwonem. Wieża ta była dość
interesująca, bowiem w dolnej swej części
rozszerzała się liniowo, tak jak czynią to
niektóre stare kominy. U góry miała rodzaj
jakby kozła z belek, na którym powieszony
był dzwon (dzwon ten nie był okryty dachem).
Niektóre inne informacje na temat owego kościółka
z Wszewilek zawarte są również w punktach #1, #2,
oraz w podpisie pod zdjęciem "Fot. #5", ze strony
internetowej o wsi
Wszewilki.
Jedna ciekawostka z ludowych opowiadań
na temat prastarego kościółka romańskiego
z Wszewilek może być sprawdzalna. Mianowicie
twierdziła ona, że w początkowym stadium
swego istnienia kościółek ten miał być
również używany w celach obronnych.
Kiedy bowiem zbliżało się niebezpieczeństwo
okoliczni mieszkańcy barykadowali się
właśnie w tym kościółku. Aby zaś umożliwić
ewentualną ucieczkę w przypadku ataku lub
oblężenia, z piwnic owego kościółka miał
wychodzić niewielki tunel. Tunel ten miał
prowadzić aż do jednego z grobowców na
wszewilkowskim cmentarzu. W grobowcu owym
miało się znajdować sekretne wyjście
z tego tunelu. Tunel ten podobno miał
przebiegać tylko kilka metrów na wschód
od starej drogi, która kiedyś prowadziła
od drzwi wejściowych wszewilkowskiego
kościółka, do centrum wszewilkowskiego
cmentarza. (Ta stara droga opisana jest
w punkcie #8.2 strony o
zwiedzaniu Wszewilek i Milicza,
oraz w punkcie #3 strony internetowej o wsi
Wszewilki.)
Tunel ten miał się znajdować tylko jakieś
2 metry pod powierzchnią ziemi. Podobno
miał on być na tyle niski, że aby nim
uciekać trzeba było się poruszać na
czworakach. Warto tu dodać, że niniejsza
folklorystyczna informacja powinna być
naukowo sprawdzalna. Jeśli bowiem tunel
taki faktycznie tam istniał, wówczas
obecnie ciągle powinno dać się wykryć
jego pozostałości.
W związku z tamtym rozebraniem kościółka
we Wszewilkach w ramach budowy linii
kolejowej przez Wszewilki, warto zadać
sobie pytanie: gdzie podziały się jego
księgi oraz niektóre wyposażenie, np.
dzwon. Wiadomo, że w owych czasach miano
zwyczaj przenoszenia takich cenności
ze starego kościoła do jakiegoś właśnie
nowo-budowanego. Ponieważ na krótko przed
rozebraniem kościółka we Wszewilkach
właśnie został zbudowany kościół Św.
Anny w Karłowie, posądzam, że owe cenności
z Wszewilek wylądowały wówczas albo w
tym kościele Św. Anny z Karłowa, albo
też w już wtedy ustabilizowanym "małym"
kościółku katolickim Milicza (pod wezwaniem
Świętego Jerzego). Być może warto byłoby
sprawdzić rok odlania dzwonu kościoła
Św. Anny (w dawnych czasach istniała
bowiem tradycja trwałego wypisywania
tego roku na modelu odlewanego dzwonu).
Jeśli bowiem rok ów jest znacznie
wcześniejszy niż lata 1807 do 1808 -
kiedy to budowano kościół Św. Anny,
wówczas najprawdopodobniej dzwon ten
faktycznie jest dawnym dzwonem kościółka
katolickiego we Wszewilkach.
Część D:
Fakty historyczne na temat kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:
#D1.
Historia kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:
Kiedy na mocy układu altransztadzkiego z cesarzem Austrii z
1707 roku, postanowiono wybudować 6 kościołów "Łaski"
dla śląskich ewangelików, wybór dla umiejscowienia
jednego z nich padł właśnie na Milicz. W owym czasie
Milicz ciągle stanowił bowiem ważne centrum usług
hotelowych dla ludzi podróżujących pomiędzy południem
i północą Europy. Pieniądze na budowę tego kościoła
ufundował margrabia Henryk Maltzan, ówczesny właściciel
pałacu w Miliczu i okolicznych dóbr. Na zlokalizowanie
kościoła wybrano miejsce w którym kiedyś stała prastara
drewniana kaplica cmentarna, jaka jednak przestała już
istnieć długo przed podjęciem budowy tego kościoła.
Wokół owej kaplicy rozciągały się niezabudowane tereny
średniowiecznego cmentarza milickiego, w owym czasie
również już nie używanego. (Cmentarz jaki w czasach
budowy tego kościoła był używany, mieścił się po przeciwnej
stronie drogi do Wrocławia, w obszarze który po drugiej
wojnie światowej zajmowany był przez budynek poczty,
posterunek milicji, szkołę podstawową nr 1, oraz dawny
szpital miejski.) Na rozlokowanie nowobudowanego
kościoła, plebanii, budynków pomocniczych, oraz
przykościelnego terenu przydzielono więc cały obszar
owego byłego średniowiecznego cmentarza. Margrabia
Henryk Maltzan, który ufundował ów kościół, nakazał także
zbudować tajny tunel podziemny wiodący z jego pałacu
do piwnic tego kościoła. Tunel ten był ciągle przechodni
w czasach zaraz po drugiej wojnie światowej. Jednak
potem został zamurowany. Miał on połączenie z całą
siecią średniowiecznych lochów i tuneli podmilickich.
#D2.
Budowa kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:
Budowę kościoła ewangelickiego w Miliczu rozpoczęto w 1709
roku. Projekt wykonał G. Hoffmann z Oleśnicy. Kościół
zorientowano na linii wschód-zachód, z ołtarzem zwróconym
na wschód, zaś kwadratową wieżą o wyskości 49 metrów
postawioną po stronie zachodniej. Kościół otrzymał
wystrój barokowy o konstrukcji ryglowej założonej na
planie krzyża greckiego. Jest jednonawowy, z wielobocznym
prezbiterium, oraz całym szeregiem późniejszych
przybudówek na parterze. W środku posiada trzy kondygnacje
drewnianych ampor. Większość jego dachów jest dwuspadowa,
jednak w kilku miejscach posiada on dachy trójspadowe.
Jego kwadratowa wieża zakończona jest trójkondygnacyjnym
hełmem, jaki swoim wyglądem wiernie imituje konfigurację
niezespoloną sprzężoną z całego szeregu wehikułów UFO
drugiej generacji - po szczegóły patrz podrozdział F3.1.3
z monografii [1/4]. (UFO drugiej generacji wyróżniają się
ośmiobocznymi komorami oscylacyjnymi użytymi do ich
napędu.) Budowę tego kościoła ukończono do 1714 roku.
W 1718 roku wyposażony on został w 33-głosowe organy
o bardzo pięknym brzmieniu, wybudowane przez W. Sauera.
Organy te ufundował baron Salish. Kościół posiadał też
własną plebanię i budynki pomocnicze. Jako kościół
ewangelicki służył on aż do zakończenia drugiej wojny
światowej. Zaraz po drugiej wojnie światowej w 1945 roku
przemianowano go na świątynię Rzymsko-Katolicką
pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli i oddano
w gestię biskupa wrocławskiego.
Fot. #2 (29):
Były kosciół ewangelicki z Milicza. Został on
zbudowany w stylu architektonicznym jaki po
angielsku nazywa się stylem "tudor". (Polacy
ów styl architektoniczny zwykle nazywają "Mur
Pruski".) Ciekawostką tego stylu jest, że
najprawdopodobniej oryginalnie wywodzi się on
z chałupniczej zabudowy pobliskiej wsi Wszewilki,
a dopiero potem został podpatrzony i skopiowany
przez akademicko edukowanych architektów - co
wyjaśniłem dokładniej w punkcie #7 strony internetowej
o wsi
Wszewilki.
(Odnotuj, że w Menu
wskazana jest odrębna strona internetowa o nazwie
Wszewilki-Milicz
która stara się koordynować zwiedzanie miasta Milicza
i pobliskiej wsi Wszewilki. Strona owa wskazuje nieoficjalne
szlaki wędrowne wzdłuż których można zwiedzać co ciekawsze
obiekty historyczne obu tych miejscowości, włączając w to
kościoły Milicza opisane na niniejszej stronie internetowej.
Podaje dane kontaktowe do tamtejszych miejsc noclegowych.
Ponadto wskazuje także najbardziej korzystne daty zwiedzania
tych miejscowości. Warto więc zaglądnąć do owej strony jeśli
kogoś zainteresuje historia opisywanych tutaj miejsc i obiektów.)
Obecnie kościół z powyższej fotografii jest świątynią
Rzymsko-Katolicką pod wezwaniem Świętego Andrzeja
Boboli (dawniej Świętego Krzyża). Powyższa fotografia
pochodzi z 2003 roku. Wykonana została przy obiektywie
aparatu skierowanym ze wschodu na zachód. Na pierwszym
planie pokazuje więc wschodnią ścianę prezbiterium kościoła,
za którą znajduje się jego ozdobnie rzeźbiony, starodawny ołtarz.
Lokalizacja tego kościoła pokrywa się
z miejscem gdzie przed nim stała stara
kaplica cmentarna, natomiast w czasach
poprzedzających założenie w owym miejscu
milickiego cmentarza - stała jeszcze
starsza "kaplica drogowskazowa" wyznaczająca
miejsce gdzie od drogi do Trzebnicy oddzielała
się droga do Sułowa i do Żmigrodu.
#D3.
Słynna późno-barokowa ambona i chrzcielnica z kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:
Z czasem
omawiany kościół zasłynął z bardzo pięknej późno-barokowej
ambony oraz chrzcielnicy z 1720 roku. Jednak po drugiej
wojnie światowej, w 1955 roku, owa ambona i chrzcielnica
przeniesione zostały do katedry poznańskiej, gdzie znajdują
się do dzisiaj. Moim osobistym zdaniem, owe przeniesienie
okazało się raczej korzystne dla Milicza, bowiem w Poznaniu
obiekty te może podziwiać znacznie więcej zwiedzających i
turystów niż w Miliczu. W ten sposób owe obiekty rozsławiają
Milicz dosłownie na cały świat. Wielu oglądających te obiekty
w Poznaniu dowiaduje się właśnie od nich o istnieniu miasta
zwanego Miliczem. Także niemal wszystkie zagraniczne
przewodniki zawierają już informację że obiekty te oryginalnie
wywodzą się z Milicza. W dzisiejszych czasach promocja i
reklama są kluczem do sukcesu. W Poznaniu zaś owe obiekty
doskonale promują i reklamują miasto Milicz. Dlatego moim
zdaniem, przez tak długo jak Poznań będzie przyznawał kredyt
Miliczowi za powołanie do życia tak pięknych obiektów,
obiekty te powinny pozostawać w Poznaniu zaś Milicz ciągle
może być dumny z ich powodu.
#D4.
Słynny ołtarz kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:
Kościół ten z
upływem czasu wyposażony też został w ołtarz drewniany
niezwykle kunsztownej roboty i zapierającego dech piękna.
Ołtarz ten ostał się w kościele po wojnie w stanie nieuszkodzonym.
Stąd powojenni wierni Milicza mieli okazję jego podziwiania
podczas każdej mszy świętej. Z tego co o nim pamiętam,
ołtarz ten ogromnie wiernie imitował wygląd boczny głównej
komory oscylacyjnej UFO średniego typu, jaki obserwowany
jest przez ludzi uprowadzanych do UFO. W centrum posiadał
więc on pojemnik imitujący samą ową komorę oscylacyjną.
Pojemnik ten otoczony był urządzeniami sterującymi i lampkami
kontrolnymi. Przebiegały przy nim kolumny imitujące słupy
pola magnetycznego i telekinetycznego wytwarzanego przez
każdy pędnik UFO. Posiadał też fragmenty czasz z osłony
pędnika UFO jakie jarzyły się złotymi iskrami indukowanymi
przez pole magnetyczne generowane w tym pędniku. W sumie,
wygląd tego oryginalnego i ogromnie pięknego ołtarza
kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu, bardzo
wiernie ilustrował to, co dzisiejsi ludzie uprowadzani do
UFO raportują jako obserwacje pędnika głównego tych
pozaziemskich wehikułów.
Ołtarz ten nie był zresztą wyjątkiem w
imitowaniu wnętrza i wyposażenia UFO.
Jak to bowiem wyjaśnione zostało w punkcie
#16 odrębnej strony internetowej o mieście
Wrocławiu,
a także w punktach #17, #18 i #19
odrębnej strony o mieście
Miliczu,
praktycznie każdy dawny kościół
chrześcijański na Ziemi wiernie
imitował sobą to co ludzie uprowadzani
do UFO odnotowali we wnętrzach wehikułów
tych sekretnych okupantów Ziemi.
Motto tej strony:
Aby zobaczyć przyszłość koniecznym
jest uważne przyglądnięcie się przeszłości.
Część E:
Ciekawostki i folklor na temat kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:
#E1.
Pozostałości średniowiecznego cmentarzyska wokół kościoła Świętego Andrzeja Boboli:
Fakt że
na obszarze otaczającym obecny kościół Świętego
Andrzeja Boboli faktycznie istniał kiedyś średniowieczny
cmentarz, potwierdzany jest przypadkowym odkryciem
z około 1955 roku roku. Podczas robót ziemnych z okazji
przeprowadzania jakiejś instalacji, odkopano wówczas
dwa średniowieczne groby komorowe z pełną zawartością.
Groby te miały kształt jakby niewielkich wydłużonych
piwniczek o sklepieńku i ściankach bocznych w kształcie
łuku romańskiego. Jako materiał na ich budowę użyta
była miejscowa "ruda darniowa". To zaś oznaczało,
że pochodziły one jeszcze z okresu poprzedzającego
wybudowanie pierwszej cegielni milickiej, czyli z okresu
przed 14 wiekiem. Ponadto ich kształt oraz uformowanie
były zupełnie nietypowe dla Polski. Osobiście nie jest
mi wiadomo aby przed 14 wiekiem budowane były w
Polsce tego typu grobowce komorowe. Jedyne miejsce
gdzie widziałem dokładnie takie same grobowce był
północny Cypr. To zaś zapewne oznacza, że w omawianych
tu grobowcach pochowani byli jacyś kupcy lub podróżni
przybyli do Milicza gdzieś z obszaru Morza Śródziemnego,
którym albo się zmarło w drodze, albo też którzy zostali
śmiertelnie poranieni przez jakichś milickich bandytów.
* * *
Pechowo dla
naszej znajomości historii Milicza, odkrycie tych starych
grobów komorowych nastąpiło w czasach, kiedy takie
znaleziska traktowane były z lekceważeniem i nikt nie
zapraszał archeologów dla ich przebadania. Po odkryciu
więc że stoją one na drodze właśnie układanej instalacji,
zostały one po prostu rozłupane, zaś ich gruzy usunięte.
Co zaś z nich ostało się zniszczeniu zostało to potem
ponownie przysypane ziemią. Ich rozłupanie umożliwiło
jednak oglądnięcie zawartości przez postronnych ciekawskich
(takich jak ja). O ile dobrze pamiętam, owe stare groby
zlokalizowane były mniej więcej w obszarze, jaki na zdjęciu
"Fot. #2 (29)" powyżej zajmowany jest obecnie przez ów
niewielki trawnik widoczny przy prawym marginesie tego
zdjęcia.
#E2.
Podziemia kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:
W czasach tuż po
drugiej wojnie światowej, podziemia kościoła ewangelickiego
z Milicza (tego ze zdjęcia "Fot. #2 (29)" powyżej) dostępne były
dla ciekawskich. Tyle tylko, że w owym czasie sam kosciół
był już przemianowany na kosciół rzymsko-katolicki pod
wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli. Te osoby które
wchodziły wówczas do owych podziemi opowiadały, że
podziemia te zapełnione były stosami starych trumien.
Jeden makabryczny szczegół jaki im rzucał się w oczy,
to wysuszone i zmumifikowane ciało w niemieckim mundurze,
przybite bagnetem z rosyjskiego karabinu do jednej z tych trumien.
Niemiec ten zapewne był uczestnikiem owego miniaturowego
garnizonu niemieckiego, jaki w milickim ratuszu przeciwstawił
się nacierającym Rosjanom. Podczas gdy jego towarzysze
broni się poddali i zostali rozstrzelani, on zapewne uciekł z
ratusza tunelem podziemnym jaki w owych czasach łączył
ratusz z owym kościołem ewangelickim. Potem ukrywał się
przed Rosjanami właśnie w podziemiach tego kościoła.
Pechowo jednak dla siebie, został on tam przez Rosjan
wykryty. Rosjanie przybili go bagnetem do stosu owych
drewnianych trumien. Bagnet został następnie obłamany,
tak że ciało owego Niemca zwisało z trumien. Wkrótce
potem wyschło jak mumia. Przez kilka następnych lat ów
nieboszczyk w niemieckim mundurze był makabryczną
atrakcją dla odwiedzających te podziemia.
Interesujące
w tych zdarzeniach jest ujawnienie zjawiska owej naturalnej
zdolności podziemi kościoła Św. Andrzeja Boboli do mumifikowania
zwłok. Nie każde bowiem miejsce i nie każde podziemia na
Ziemi posiadają ową zdolność. Faktycznie jest ona raczej
unikatem. Przykładowo, w starożytnym Egipcie uważano ją
za aż tak cenną, że aby ją uformować technicznie odwoływano
się tam do mozolnego budowania ogromnych piramid. Ciekawe
co w milickim kościele powoduje pojawienie się tego rzadkiego
zjawiska.
Fot. #3 (5b):
Wygląd typowego podziemnego tunelu z okresu średniowiecza.
Powyższy tunel dostępny jest dla zwiedzających w Kłodzku. Wejścia do niego znajdują się
przy kłodzkim ratuszu oraz pod twierdzą kłodzką. Jest on dobrze oświetlony, zabezpieczony
przed zabłądzeniem, oraz pełen średniowiecznych eksponatów, warty więc zobaczenia - gorąco
zachęcam. Cały labirynt średniowiecznych tuneli bardzo podobnych do powyższego znajduje się
również pod Miliczem. W czasach aż do zakończenia drugiej wojny światowej tunele te były
przechodnie i utrzymywane w dobrym stanie technicznym. Istniało wówczas otwarte połączenie
tunelowe pomiędzy podziemiami każdego kościoła Milicza, w tym kościoła ewangelickiego z
fotografii "Fot. #2 (29)" powyżej, z całym systemem pozostałych tuneli podmilickich. Potem
jednak wejście z podziemi kościoła do owego systemu tuneli zostało zamurowane.
#E3.
Rzekomy "skarb" kościoła Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu:
W czasach
zaraz po drugiej wojnie światowej wśród mieszkańców
Milicza krążyły opowieści o rzekomym "skarbie" który
jakoby miał się znajdować w dużej mosiężnej kuli która
umieszczona jest na samym szczycie wieży kościoła
Świętego Andrzeja Boboli (kula ta służy za podstawę
szczytowego krzyża). Ktoś gdzieś miał jakoby wyczytać
czy usłyszeć, że podczas oryginalnej budowy owego
kościoła, do kuli owej włożono "akt fundacyjny" wraz z
pełnym kompletem ówczesnych złotych i srebrnych
monet i medali. (Szacując po ilości srebrnych i złotych
monet i medali jakie istniały w obiegu w latach 1709 do
1714, "skarb" ów zawierałby zapewne kilka kilo owych
wartościowych kruszców.) W owym czasie Milicz był
mieściną, gdzie niemal wszyscy znali wszystkich. Co
więc zaprzątnęło umysł jednej osoby, już wkrótce było
na ustach wszystkich pozostałych ludzi. Przy okazji więc
remontu dachu na wieży tego kościoła, odbywającego
się około 1957 roku, zdjęto ową kulę i zbadano jej
zawartość. Z tego co słyszałem, podobno okazało się
wówczas, że były w niej zawarte jedynie stare gazety.
Żadnych złotych ani srebrnych monet ani medali w niej
nie znaleziono. Interesujące więc, czy ów "skarb" został
już wcześniej znaleziony przez kogoś innego, czy też
faktycznie dla zmylenia ewentualnych poszukiwaczy,
publicznie pisano że znajduje się on w owej kuli,
podczas gdy faktycznie ukryty on został w innym
bardziej sekretnym miejscu tego kościoła.
* * *
Tak nawiasem
mówiąc, to owe kule lub dyski jakie zawieszane są ponad
dachem niemal każdego kościoła, faktycznie wywodzą się
z dawnych obserwacji UFO. (W dawnych czasach UFO i
UFOnautów uważano za istoty nadprzyrodzone - co wyjaśniam
dokładniej na stronie internetowej
UFOnauci,
a także w podrozdziale V9.1 monografii [1/4] zawierającym
formalny dowód naukowy, że "religijne diabły to dzisiejsi
UFOnauci".) Mianowicie, kule te lub dyski imitują kuliste
lub dyskoidalne wehikuły UFO małego typu, jakie zaobserwowano
kiedyś że zawisały one ponad pędnikami główymi cygara
złożonego z wielu wehikułów UFO dużego typu, a imitowanego
przez całą wieżę danego kościoła. To właśnie z tego powodu,
wierzchołki wież kościelnych (a także świątyń muzułmańskich)
zawsze upodabniane są do wyglądu tzw. "konfiguracji niezespolonych"
lub "konfiguracji semizespolonych" sprzęganych z wielu UFO
a opisywanych w podrozdziałach F3.1.3 i F3.1.2 monografii
[1/4] udostępnianej nieodpłanie za pośrednictwem tej strony
internetowej. Najbardziej wierna imitacja wehikułów UFO przez
owe zakończenia wież kościelnych istnieje we wrocławskiej
katedrze pokazanej na zdjęciu 1 ze strony internetowej
Wrocław.
Owe dyski na wierzchołkach obu wież katedry wrocławskiej
imitują sobą bowiem nie tylko wygląd zewnętrzny błyszczących
dyskoidalnych UFO drugiej generacji, ale również wygląd
czarnych ośmiobocznych komór oscylacyjnych widocznych
w centrum pędników głównych tych UFO.
Część F:
Dotknięcia nadprzyrodzoności z okolic Milicza:
#F1.
Sapieha z okolic Milicza - czyli latający "czarnoksiężnik" z ogromnymi nietoperzymi skrzydłami:
Motto:
"W każdym opowiadaniu ukrywa się ziarenko prawdy."
Każdy obszar świata posiada swoje
sposoby straszenia tych dzieci które
są nieco niegrzeczne, jednak nie na
tyle niegrzeczne aby zasługiwały
na klapsa. Jeśli dobrze pamiętam,
to w latach 1970-tych we
Wrocławiu
można było efektywnie nastraszyć niemal
każde dziecko, poprzez przypomnienie
mu "czarnej ręki". Dlaczego jednak
dzieci Wrocławia okropnie bały się
wówczas owej przypominanej im "czarnej
ręki", na zawsze to pozostanie dla
mnie niewyjaśnione. W czasach kiedy
ja byłem mały, dzieci z okolic Milicza
(m.in. z obszaru włączającego
Wszewilki,
Stawiec, oraz Cieszków), straszone
były ostrzeżeniem "Sapieha leci".
Ostrzeżenie owo wywodziło się jednak
ze znacznie dawniejszych czasów.
Z opowiadań rodzinnych wiadomo
mi bowiem, że tym samym ostrzeżeniem
straszono już w tamtych okolicach
pokolenie moich rodziców kiedy
ono było dziećmi. To zaś oznacza,
że ów latający "Sapieha" grasował
w okolicach obecnej gminy milickiej
nie później niż w początkach XX
wieku. (Równie dobrze mógł jednak
grasować tam jeszcze wcześniej -
nie jest mi bowiem wiadomo jak
i kim straszono tam pokolenie
rodziców moich rodziców - kiedy
ci ciągle byli dziećmi.) Ja
poszukiwałem
jakichś informacji
pisanych na temat odrażających
zachowań kogoś z rodziny Sapiehów
z tamtych okolic - które to
zachowania dostarczyłyby jakiejś
wskazówki co do pochodzenia tego
dziwnego ostrzeżenia. Nie znalazłem
jednak nic konkretnego. (Jeśli ktoś
z czytelników wie coś na ten temat
to prosiłbym o danie mi znać.)
Jedyne co znalazłem to opis legandy
"O księciu Sapieże, chytrym krawczyku
i diabłach" zawarty m.in. na stronie
internetowej
krotoszyn.pl/legendy.html,
a wywodzący się z książki [F1] pióra
Stanisław Świrko, "Orle gniazdo:
Podania, legendy i baśnie wielkopolskie"
(Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 1969,
strony 201-204). Posądzam jednak że
książę Piotr Sapieha z Koźmina, który
jest główną postacią owej legendy, nie ma
nic wspólnego z ostrzeżeniem "Sapieha
leci" używanym w okolicach Milicza -
na przekór że wszystkie te miejscowości
leżą w "zasięgu patrolowych lotów
tego samego czarnioksiężnika".
Według tego co mi wiadomo na temat
owego ostrzeżenia "Sapieha leci",
to ów Sapieha miał być miejscowym
"czarnoksiężnikiem" żyjącym gdzieś
w tamtych okolicach i znanym lokalnym
ludziom. Miał on mieć ogromne skrzydła
jak nietoperz. Skrzydeł tych używał
nocami podczas lotów patrolowych
nad "swoim" obszarem. W lotach
tych poszukiwał samotnych ofiar jakim
przyszło albo podróżować gdzieś nocą
albo też dokonywać jakichś nocnych prac.
Po znalezieniu ofiary zwykle pastwił
się nad nią na najróżniejsze sposoby,
usiłując jakoś spowodować śmierć
takiej ofiary. Śmierć tą powodował
jednak NIE poprzez osobiste zamordowanie
tej ofiary, a poprzez albo zastraszenie
jej na śmierć (np. aż do spowodowania
ataku serca), albo też poprzez
zapędzenie jej strachem do jakichś
bagien, wody, jamy, czy starej studni,
gdzie ofiara ta topiła się w efekcie
panicznej ucieczki. Zimą miał podobno
zwyczaj zapędzać swoje ofiary w bezludzie,
gdzie umierały one z zimna, strachu
i wyczerpania. Podobno potrzebował on
owych śmierci nic mu niewinnych ludzi
aby podtrzymywać swoje magiczne moce.
Sposób mordowania ofiar przez "czarnoksieznika
Sapieha" pokrywał się więc z obecnie nam
znanym sposobem na jaki dzisiaj mordują
ludzi UFOnauci. Jak to bowiem wyjaśniłem
na stronach o
zniszczeniowych użyciach wehikułów UFO,
a także o
bandytach w naszym własnym gronie,
UFOnauci także niemal nigdy nie zabijają
bezpośrednio. Raczej zawsze wywołują lub
sprowadzają coś, co spowoduje śmierć danej
ofiary. Tak że wina za daną śmierć zawsze
spada na to coś, a nie na UFOnautów. Oczywiście,
owo coś co uśmeirca dla UFOnautów też za
każdym razem jest co innego. Dla indywidualnych
ludzi jest to albo śmiertelna choroba, np.
rak, albo też sprytnie zaaranżowany "wypadek".
Natomiast dla śmierci zbiorowych zawsze
jest to jakaś katastrofa lub odpowiednio
nasterowane siły natury. Przykładowo,
w przypadku
zawalenia przez UFO hali w Katowicach
było to zgniecenie dachu owej hali siłami
magnetycznymi, jakiego dokonał niewidzialny
dla ludzkich oczu wehikuł UFO. W przypadku
odparowania przez UFO budynków WTC
był to rzekomy atak torrorystyczny. Natomiast
w przypadku
zaindukowanego eksplozją UFO tsunami z dnia 26 grudnia 2004 roku
była to podwodna eksplozja wehikułu UFO.
Podobnie jak większość z nas, kiedy już
wyrosłem z wieku w którym owo straszenie
miało na mnie jakiś efekt, traktowałem
te opowiadania z okolic Milicza o
"czarnoksiężniku" zwanym Sapieha,
tak jak każdy je dzisiaj traktuje -
tj. z przymrużeniem oka. Jednak
sprawa uległa sporemu pokomplikowaniu
kiedy wyemigrowałem z Polski i stwierdziłem
że ludowe opowiadania o dokładnie takich
samych szatańskich istotach z nietoperzymi
skrzydłami znane są w folklorze ludowym
praktycznie całego świata. Istoty te znane
są nawet na wyspach zupełnie odciętych od
reszty świata. Co ciekawsze, większość
precyzyjnych szczegółów owych istot
dokładnie się powtarza w folklorach
z całkowicie odmiennych części świata.
Ponieważ logicznie trudno sobie wyobrazić
aby dawni ludzie zamieszkujący odrębne
części świata pozmawiali się ze sobą
i wszyscy oni opisywali w swej zmowie
dokładnie te same istoty, jedynym innym
wytłumaczeniem dla takiej wszechobecności
tych samych szczegółów u owych szatańskich
istot, jest że istoty takie faktycznie
istniały. Co ciekawsze, różni ludzie
twierdzą, że spotykają je czasami nawet
obecnie.
Za pośrednictwem materiału ilustracyjnego
jaki teraz przytoczę poniżej, chcę tutaj
udokumentować, że istoty w rodzaju
"czarnoksiężnika" Sapieha z okolic Milicza
faktycznie znane są praktycznie we wszystkich
kulturach i we wszystkic obszarach świata.
We wszystkich też opisach istoty te posiadają
te same kluczowe cechy - na przekór że
w zależności od lokalnego kolorytu i kultury
cechy te prezentowane są na nieco odmienne
sposoby. Oto więc ów materiał ilustracyjny:
Fot. #4:
Żeński "diabeł" z jakby skrzydłami nietoperza.
Aby umożliwić lepsze przyglądnięcie się
szczegółom jej skrzydeł i łap z 3+1 krogólczymi
szponami, pokazana jest ona z dwóch kierunków.
Podobno to takie właśnie "nietoperze
skrzydła" miał mieć latający czarnoksiężnik
popularnie nazywany "Sapieha", który
w początkowych latach XX wieku terroryzował
ludzi z obszaru dzisiejszej gminy Milicza.
(Tyle że on był płci męskiej, a nie żeńskiej.)
Jeszcze w latach mojej młodości miejscowi
autochtoni straszyli dzieci ostrzeżeniem
"Sapieha leci"!
Powyższa figura "żeńskiego diabła" wywodzi
się z kultury Północnego Pacyfiku (Dalekiego
Wschodu). Jednak w Polsce takie właśnie istoty
posiadające jedynie cztery szponiaste palce
też były znane. To właśnie o takim diable
Mickiewicz pisze w "Pani Twardowska", cytuję:
"... kurzą nogę i krogulcze miał paznokcie. ..."
Patrzac na "krogulcze nogi" tego żeńskiego
diabła łatwo można się domyślić, kto
właścicie wprowadził na Ziemi modę na
damskie "szpilki" - aby ukryć w ich obcasie
niewygodnie odstający szpon. Na figurynce
powyższego diabła uwagę zwraca jakby "wężowy
wzór" na jej skórze. (Wzór ten najlepiej
widać kiedy zdjęcie to się maksymalnie
powiększy poprzez kliknięcie na nie i
jego oglądanie na największym ekranie.)
To zapewne z uwagi na ów wzór wielu
dzisiejszych uprowadzonych do UFO
twierdzi że widziało tam rasę "gadów".
Wzór ten jest doskonale znany nowozelandzkim
Maorysom. Aby bowiem się jakoś przypodobać
złośliwym przybyszom o magicznych mocach,
nowozelandzcy Maorysi tatuowali sobie podobny
wzór na skórze własnych twarzy. Ten maoryski
wzór tatuowany na skórze na podobieństwo
wzoru ze skóry owych "diabłów" czy
"czarnoksiężników" nazywany jest
moko.
Funkcje owych niby "nietoperzowych skrzydeł"
u istot dawniej nazywanych "diabłami" lub
"czarnoksiężnikami", zaś dzisiaj określanych
mianem
UFOnauci,
wyjaśnione zostały dopiero przez najnowsze
ustalenia ludzi uprawiających nurkowanie
spadochronowe. Otóż takie "skrzydła",
faktycznie stanowiące odpowiednie naszywki
na odzieży ubieranej przez danego ich
użytkownika, dopomagają w lepszym manewrowaniu
podczas lotów w powietrzu. Warto odnotować,
że istota z powyższego zdjęcia ma jakby
dwie pary rąk. Jedna para szponiastych
rąk wzniesiona do góry rozpina jej
skrzydła, zaś druga para ułożona wzdłuż
ciała nadaje jej ludzkiej postaci.
Owe dwie pary rąk wynikają z prostego
nieporozumienia. Istoty te mają bowiem
tylko jedną parę rąk - podobnie jak
ludzie. Tyle, że folklor ludowy nie
był świadomy, iż ich "skrzydła" to
poprostu odpowiednio ukształtowana
i specjalnie wykonana peleryna która
nabiera kształtu skrzydeł tylko kiedy
istota ta podczas lotu wzniesie ręce
do góry. Sądził więc że jak ptaki
mają one odrębne skrzydła. Tymczasem
kiedy istota ta chodzi
po ziemi z rękami swobodnie zwisającymi
wzdłuż ciała, ich "skrzydła" zamieniają
się w rodzaj jakby płaszcza z peleryną.
Krój tego płaszcza do dzisiaj zresztą jest
imitowany przez górną część oficjalnych
garniturów dostojników i konduktorów
orkiestry, popularnie zwanych "frak".
Zwykli ludzie odnotowali bowiem, że
ci co w dawnych czasach byli przy
władzy i przy pieniądzach, często
ubierali takie właśnie stroje z peleryną.
Zaczęli więc imitować krój ubioru owych
wpływowych istot w ludzkich oficjalnych
strojach.
* * *
Fot. #4bcd:
Figurynki drewniane wykonane przez
nowozelandzkich Maorysów prymitywną
techniką nie znającą metali. Wszystkie
te figurynki wyraźnie ujawniają, że
owe straszne "nadprzyrodzone istoty"
które w dawnych czasach odwiedzały
i prześladowały Maorysów z Nowej Zelandii,
miały po cztery palce ze szponami na rękach
i nogach, oraz dziwny "wężowy wzór"
na skórze - dokładnie tak jak to
widoczne na precyzyjniejszej rzeźbie
"żeńskiego diabła" pokazanej na "Fot. #4"
powyżej. Aczkolwiek więc owe figurynki
pochodzą z odmiennej kultury niż Polska,
faktycznie to ilustrują one dokładnie
tych samych "diabłów" które prześladowały
również Polaków.
Z powyższych figurynek dosyć dobrze
można się zorientować jaka faktycznie
była anatomia owych "nadprzyrodzonych
istot" które w przeszłości pokazywały
się Maorysom, a także jak wyglądał ów
"wężowy wzór" na ich skórze, który stał
się pierwowzorem dla maoryskiego
moko.
Na wszystkich Maoryskich figurynkach
konsystentnie jest pokazywane, że istoty
te posiadały (3+1) szponiaste palce u
rąk i nóg. W Europie owe złośliwe i
wrogie ludziom istoty kiedyś najczęściej
nazywano "diabłami", zaś obecnie nazywa
się "UFOnautami". Maorysi nazywali je
jednak za pomocą całego szeregu innych
nazw, które zwykle nie posiadają
polskojęzycznych ani angielskojęzycznych
odpowiedników. Najczęściej używaną z
tych nazw jest Taniwha. Kryje
się pod nią cały szereg odmiennych
potworów, których wojowniczy Maorysi
panicznie się boją. (Niektórzy Maorysi
twierdzą że nawet i obecnie widują owe
Taniwha.) Mnie kiedyś intrygowała owa nazwa
"Taniwha". Przeprowadziłem więc badania
co właściwie Maorysi rozumieli oryginalnie
pod tą mistyczną nazwą.
Badania te ujawniły, że nazwą "Taniwha"
Maorysi obdarzali zarówno to co my obecnie
nazywamy "wehikułami UFO", jak i szatańskie
istoty (tj. "UFOnautów") które przylatywały
w owych wehikułach UFO. Więcej informacji
na temat maoryskich Taniwha można
znaleźć na stronie o
Nowej Zelandii.
Inną nazwą często używaną przez Maorysów
dla owych złośliwych, mściwych, oraz niemoralnych
istot, to Patupaiarehe (tj. istoty
z mgły) oraz "Turehu" - tj. odpowiedniki
angielskich fairies oraz elves. Te nazwy
w przybliżeniu mogą być tłumaczone na
polski jako "diabły". Niemniej obejmują
one także i cały szereg innych wrogich
ludziom istot, które znali nasi
przodkowie, zaś o których my pomału już
zapominamy. Ich przykładami są "chochliki",
"licha", oraz właśnie owi latający jak
ogromne nietoperze "czarnoksiężnicy".
Istoty te przylatują na Ziemię ciągle
i do dzisiaj. Tyle że niemal już nie
pokazują się ludziom. Tylko czasami
u niektórych ofiar nocnych uprowadzeń
do UFO zostają na rękach lub nogach
cztery sine odciski po ich czteropalcowych
łapskach, ułożone w ów charakterystyczny
wzór (3 + 1) i czasami nawet mające
w swoim centrum punktowe nakłucia skóry
spowodowane ich ostrymi krogulczymi
szponami. Oto co poszczególne zdjęcia
powyżej sobą przedstawiają:
(#4b - lewe) Bardzo stara figurynka
drewniana, którą sfotografowałem
w marcu 2006 roku w Muzeum w Christchurch,
Nowa Zelandia, Wyspa Południowa.
Jednak bardzo podobne do niej
figurynki maoryskie można znaleźć
w praktycznie niemal każdym muzeum
Nowej Zelandii.
(#4c - środek) Drewiniana figurynka Maoryskiego
Taniwha, która straszy przechodniów
zwiedzających gejzery w Rotorua. Też
ją sfotografowałem w marcu 2006 roku
w Muzeum gejzerów w Rotorua na Wyspie
Północnej. Na ręce wyraźnie można
odnotować 3 szponiaste palce. Chociaż
zaś z tego kierunku niezbyt dokładnie
to widać, ze specjalnych otworów
na palce z przodu jej butów też
wystają tylko po 3 szpony na każdej
jej nodze. W kulturze maoryskiej owe
Taniwha zawsze są pokazywane w sposób
jaki ma wzbudzać strach. Były to wszakże
bardzo diabelskie i straszne istoty.
W swoich figurynkach Maorysi uwypuklają
więc wszystkie te ich cechy, które
wzbudzają strach. W tym przypadku
obejmuje to nieludzko długi język -
jakim te szatańskie istoty były w
stanie polizać własne piersi,
trzy-plus-jeden-palcowe dłonie
i stopy z groźnymi, krogulczymi
pazurami, ów straszny wzór "Moko"
na ich skórze, a także ich szatańska
maskotka-lizard zwana "Moko-moko".
Z moich własnych dociekań wynika, że
"Moko-moko" faktycznie było rodzajem
jakiejś morderczej broni, którą
owe istoty używały przeciwko Maorysom.
Broń tą Taniwha nosili wszakże zawsze
ze sobą - zwisającą im na piersiach,
czyli tak jak niektórzy ludzie
noszą dzisiaj swoje pistolety
maszynowe w gotowości do strzelania.
Ponieważ zaś owa broń podczas użycia
jakby ożywała i zaczynała posłusznie
wykonywać nakazy swoich właścicieli,
nieznający urządzeń technicznych
Maorysi tłumaczyli ją sobie jako
rodzaj maskotki-lizarda który normalnie
śpi znieruchomiały, jednak na rozkaz
swego pana nagle ożywa i "zagryza" na
śmierć wybraną ofiarę.
Ten zielony lizard zwisający z języka
owej "Taniwha" to właśnie "Moko-moko".
Odnotuj że jego pysk jest skierowany
ku wnętrznościom swego władcy, tak jakby
lizard się zastanawiał czy nie wygryźć
owych wnętrzności i jedynie strach
go powstrzymywał przed zatopieniem
w nie zębów. Moko-moko jest to
szczególny rodzaj budzącego strach
stwora. Dla Maorysów był on drugim
bogiem śmierci. Pierwszym bogiem
śmierci u Maorysów jest gigantyczna
niewiasta zwana "Hine-nui-o-Te-Po".
Była ona biginią zwykłego odchodzenia
w zaświaty. Tymczasem ów lizard "Moko-moko"
był bogiem szczególnego (przerażającego)
sposobu umierania, jaki dzisiaj byśmy
opisali nazwą "choroba popromienna".
Maorysi wierzyli, że ta
straszna choroba jest wywoływana przez
takiego niewidzialnego lizarda wyjadającego
wnętrzności danej ofiary. Ów zaś straszliwy
lizard był m.in. maskotką Taniwha posłuszną
rozkazom owych przerażających istot.
Na temat "Moko-moko" wyjaśnione jest
dosyć dużo w podrozdziale C1 z monografii
[5/4].
W tym miejscu powinienem ujawnić, że
UFOnauci mają jakś rodzaj broni generującej
promień o wysokiej energii (laserowy czy
też jonowy). Jej efekty działania są
podobne do tych opisywanych przez folklor
maoryski jako wynik zostania "pogryzionym
przez Moko-moko". Czwartkowej nocy w dniu
15 marca 2007 roku około 4 nad ranem, ja
sam zostałem uprowadzony na pokład UFO,
gdzie postrzelono mnie w brzuch właśnie
ową straszliwą bronią. Dokładniejszy opis
tego postrzelenia przytoczyłem w punkcie
#D3 (3) strony internetowej o
karmie.
W wyniku tamtego postrzelenia moje ciało
na brzuchu się rozpadło, pozostawiając
dziurę o średnicy ołówka. Wykonałem nawet
zdjęcie owego postrzelenia, jednak jest
ono zbyt okropne aby pokazać je publicznie.
Tamtego postrzelenia mnie w brzuch mściwi
UFOnauci dopuścili się w ramach całego
pasma najróżniejszych złośliwości jakimi
mnie trapili z powodów opisanych w punkcie
#A4 strony internetowej o
Wszewilkach naszego jutra.
(#4d - prawe) Również bardzo stara
maoryska figurynka drewniana z Muzeum w
Dunedin, Wyspa Południowa, Nowa Zelandia.
Na jej wolnej ręce którą bawi się swoją
bronią, wyraźnie widać układ 3+1 szponiastych
palców. Ciekawa jest też owa broń którą
bawi się ta szponiasta istota. Broń ta
reprezentuje bowiem znieruchomiałego
(znaczy śpiącego) "Moko-moko". Taki
śpiący Moko-moko nazywany był jednak
inaczej niż Moko-moko w stanie ożywionym
i kąsającym. Przykładowo, nazywany był
Wahaika, Patu, Kotiate, Maripu, Mere, itp.
Prawdopodobnie wszystkie te nazwy imitują
oryginalne nazwy odmiennych konstrukcji
tej samej zasadniczej broni owych istot.
Wszakże nasza ludzka broń palna również
nazywana jest na wiele odmiennych
sposobów - zależnie od tego jaką jej
odmianę ktoś posiada. Niektóre odmiany
nazywamy pistolet, inne pistolet maszynowy,
jeszcze inne Kałasznikow albo pepesza,
itp. Podobnie jednak jak w naszej broni
palnej, w niemal wszystkich imitacjach
owej broni kosmitów wyraźnie daje się
wyróznić rodzaj jakby lufy i kolby.
W imitacjach zwanych Wahaika i Maripu
widać nawet spust, a także zarysy
układu celowniczego. (Imitacje te z
religijną dokładnością wykonywali
sobie Maorysi, rzeźbiąc je w drewnie,
kości, lub kamieniu. Dlatego my
obecnie możemy pooglądać je sobie
w muzeach lub w internecie.) Tyle że owe
imitacje Maorysi potem używali tak
jak maczugi - znaczy łapali je za lufy
i łomotali przeciwników ich kolbami.
Aby imitować oryginalnie zielony kolor
Moko-moko, Maorysi najbardziej cenili
imitacje broni kosmitów kiedy te
wyrzeźbione zostały z łupliwego
zielonego nefrytu (zwanego też
"jade" albo "greenstone"). Oczywiście,
z punktu widzenia użytkowości militarnej
broń rzeźbiona z kruchego nefrytu (jade
albo greenstone) nie czyni żadnego sensu.
Wszakże rozpada się ona na odłamki przy
każdym starciu z bronią przeciwnika,
lub przy każdym uderzeniu w coś twardego.
Jednak z punktu widzenia prestiżu, czyli
maoryskiego "Mana", posiadanie imitacji
broni która wiernie odzwierciedla zarówno
kształt, jak i zielony kolor śpiącego
i znieruchamiałego "Moko-moko" miało,
oraz nadal ma, ogromne znaczenie dla
Maorysów. Maorysów wcale też nie martwiła
ani łupliwość ani nieporęczność ich
broni imitującej "Moko-moko". Gorąco
wierzyli bowiem, że poprzez swoje imitujące
cechy ich broń nabywa niektórych magicznych
mocy broni kosmitów, a stąd łatwo pozwoli
im pokonać ich przeciwników.
* * *
Więcej informacji na temat kosmicznego
pochodzenia szatańskich istot obecnie
zwanych "UFOnautami", zaś w przeszłości
zwanych "diabłami", znaleźć można na
stronie internetowej o
Bogu.
Natomiast dokładniejsze opisy wyglądu
tej rasy UFOnautów która wygląda identycznie
jak ludzie, a stąd która może sekretnie
podmieniać się
pod ludzi bez zostania przez nas zdemaskowanymi,
zawarte zostały na odrębnych stronach
internetowych o nazwach
"Antychryst",
"UFOnauci",
"zło",
"kosmici",
"26ty dzień", czy
"Malbork".)
Część G:
Podsumowanie, oraz informacje końcowe tej strony:
#G1.
Podsumowanie tej strony:
Stare opowieści dawnych ludzi zwykle
traktujemy z przymrużeniem oka i szybko
o nich zapominamy. Jak jednak ta strona
stara się to uzmysłowić, często zawierają
ona istotne dla nas informacje - które
znacznie korzystniej byłoby pamiętać i
analizować naukowo.
#G2.
Uwagi techniczne na temat tej strony:
Polskie literki.
W tekście tej strony starałem się używać polskich literek.
Szybko jednak odnotowałem, że nie każdy serwer poprawnie
koduje i przesyla owe litery. Ponadto komputery zdają
się wyświetlać poprawnie polskie literki tylko jeśli albo
używają systemu operacyjnego "Windows XP", lub jeśli ich
Internet Explorer został na nie ustawiony. (Aby ustawić
swoją przeglądarkę "Internet Explorer" na poprawne odczytywanie
polskich liter, trzeba kliknąć na pozycję w jej menu oznaczoną "Widok"
(po angielsku "View"), zaś potem na opcję oznaczoną "Kodowanie"
(po angielsku "Encoding"). Kiedy zaś otworzy się submenu "Dalsze"
("More") z odmiennymi alfabetami, wybrać trzeba i włączyć kliknięciem
alfabet oznaczony "Srodkowoeuropejski (Windows)" (po angielsku
"Central European (Windows)").) Gdyby jednak i takie ustawianie nie
pomogło, wówczas na wszelki wypadek informuję, że jeśli u kogoś
w miejscu literek na ekranie pojawiają się jakieś dziwne znaczki,
to zapewne oznacza, że jego komputer nie wyświetla prawidłowo
polskich literek. W takim przypadku dobrze jest wiedzieć,
że wyświetlane znaczki oznaczają co następuje:
"ą" = "a" z ogonkiem, "Ą" = "A" z ogonkiem,
"ć" = "c" z kreską, "Ć" = "C" z kreską,
"ę" = "e" z ogonkiem, "Ę" = "E" z ogonkiem,
"ł" = "l" przekreślone, "Ł" = "L" przekreślone,
"ń" = "n" z kreską, "Ń" = "N" z kreską,
"ó" = "o" z kreską, "Ó" = "O" z kreską,
"ś" = "s" z kreską, "Ś" = "S" z kreską,
"ź" = "z" z kreską, "Ź" = "Z" z kreską,
"ż" = "z" z kropką, "Ż" = "Z" z kropką.
Powinienem tutaj dodać, że po
odnotowaniu mizernych efektów moich eksperymentów z użyciem polskich
literek, wcale teraz się nie spieszę z przeredagowaniem na polskie literki tej
części totaliztycznych stron które oryginalnie pisane były alfabetem angielskim
(łacińskim).
#G3.
Inne strony na temat Milicza które też posiadają związek tematyczny z niniejszą stroną:
#G4.
Inne strony omawiające problematykę która pozwala na lepsze zrozumienie zagadnień nadprzyrodzoności, budowli sakralnych, itp.:
Cały szerego totaliztycznych stron internetowych
wyszczególnionych w
Menu 4 oraz
Menu 2
omawia tematykę jaka wykazuje najróżniejsze
związki z tematami omawianymi na niniejszej
stronie. Dlatego przeczytanie owych stron
szczególnie polecałbym czytelnikowi.
Prawdopodobnie najważniejsze dwie strony
z owych szczególnie polecanych, to strony o
(kliknij na wybraną z nich aby ją uruchomić):
Aktualne adresy emailowe autora tej strony, tj.
dra inż. Jana Pająka
(a przez okres 2007 roku - Prof. dra inż. Jana Pająka),
pod jakie można wysyłać ewentualne
uwagi lub zapytania, podane są na stronie:
faq (najczęstrze zapytania).
Tam również dostępne są adres pocztowy
i numery telefonu autora.
#G6.
Nawet najwięksi sceptycy prawdopodobnie odnotowali
już owe sabotażujące plansze błędowe które nachalnie
pokazują się na każdej stronie internetowej
totalizmu -
włączając w to i niniejszą stronę:
Te plansze nachalnie wmawiające
istnienie rzekomych błędów, prześladują
każdą stronę internetową totalizmu
i zniechęcają oglądających ją ludzi.
Są one kolejnym z niezliczonych sabotaży
jakim
UFOnauci
skrycie okupujący Ziemię poddają wszystko
co dotyczy totalizmu. (Kiedy plansze
te się pokażą, najlepiej jest kliknąć
w nich na "X" lub na "No".) Nawet dla
największych sceptyków owe nachalne
plansze nieistniejących błędów powinny
być wizualnym dowodem że jakaś złośliwa
i dobrze ukryta moc faktycznie sabotażuje
i niszczy strony totalizmu oraz wszystko
inne co z totalizmem się wiąże. Wszakże
jeśli ktoś skopiuje owe strony do
swojego własnego komputera, błędy
te nagle znikają. Strony totalizmu
wogólne nie używają przecież skryptu,
zaś ten rodzaj plansz błędowych może
się pojawić tylko przy obecności źle
napisanych skryptów. (Strony totalizmu
są programowane w języku HTML - całkowicie
bez użycia skryptów.) UFOnauci sprytnie
wstawiają cichcem owe plansze do oprogramowania
systemowego wszystkich serwerów które
goszczą strony totalizmu. Te szczególne
plansze błędów pojawiają się też wyłącznie
na stronach totalizmu. Wszakże ich
jedynym celem jest skryte sabotażowanie
owych stron bez pozostawiania śladu kto
dokonuje owych sabotaży. Na przekór jednak
owego nachalnego sabotażowania i jego dowodów
rzucających się w oczy na każdym kroku,
nadal tylu naiwnych ludzi nie chce
uwierzyć, że Ziemia jest jednak skrycie
okupowana przez szatańskich UFOnautów
jakich działania i intencje totalizm
stara się zdemaskować.
* * *
If you prefer to read in English
click on the flag below
(Jeśli preferujesz czytanie w języku angielskim
kliknij na poniższą flagę)
Data pierwszego opracowania niniejszej strony: 15 sierpnia 2004 roku.
Data najnowszego jej aktualizowania: 29 kwietnia 2007 roku.
(Sprawdź pod adresami z "Menu 3" czy już istnieje nawet nowsza aktualizacja!)
Oto wskazania poszczególnych liczników odwiedzin tej strony:
Free Counters